Ślub, na który czekałem bardzo bardzo długo. Powód jest prosta… z Nimi po prostu musiałobyć genialnie. W skrócie… było! Zacznijmy od pogody. Otóż nasza Ania stwierdziła, że nawet zacznie się modlić o pogodę… teraz Kochana piszę w imieniu całej europy – przestań się już modlić ok ? :D Na ślubie było jakieś dwa miliony stopni w cieniu. Po drugie Ojciec Benedykt. Miałem już okazję być na kilku ślubach ale nigdy nie miałem tak genialnej atmosfery jaką tworzył Ojciec Benedykt dookoła siebie. Nawet jakby Młodzi byli zestresowani to Ojciec wszystko zmieniał. Dosłownie każdy moment otoczony był serdecznością i genialnym poczuciem humoru. Czy przysięga, na której to Marcin nie chciał nigdy ‘odpuscić’ Ani czy na koniec błogosławieństwa zdziwienie ze wzrostem Ani ( cyt. “Jezu jakaś Ty wielka” :D ). Przekochany Człowiek! Kolejna rzecz to wystrój. Na pierwszym spotkaniu zapytali się mnie co można zrobić żeby sala fajnie wyglądała… powiedziałem “światła… przede wszystkim światła”. Generalnie kilka ledów pod ścianami już robi świetne wrażenie ale nie… te dwa Krejzole żyją wg zasady albo z pompą albo w ogóle i takim oto sposobem 4 lipca Tomaszowice były z kosmosu bardziej widoczne niż cały Kraków razem wzięty :D Było pięknie! Teraz motomoto. Oboje kochają motoryzacje. Marcin dojeżdza z Helu na Giewont w studencki kwadrans natomiast Ania z wdziękiem organizuje całą trasę i do tego ma ponoć pseudonim najukochańszego MotoMikołaja w całym Krakowie! =] Kolejna rzecz to goście. Wielu znam z poprzednich uroczystości i mocno mnie cieszyło, że byli! Brakowało mi tylko słodkiej Zosi ;)
Wszystko tego dnia zaczęło się od wizyty u Ani ulubionego fryzjera, jedynego w swoim rodzaju Jakuba Ziemirskiego. Tutaj bez zaskoczeń… mega lajtowy klimat i fryzura dokładnie taka jaką ‘Młoda’ sobie wymarzyła. Poza funkcją fotografa pełniłem tu jeszcze funkcję chodzącego pulchnego cateringu :D Szczególnie dla przekochanej świadkowej Rybci. Chwilę później popędziłem do Marcina. Osoby, która w zasadzie nonstop jest mega pozytywna.. no może poza małymi wyjątkami. Na przykład kiedy to na ich nowej werandzie robiłem mu portrety, nonstop szyderczo mi się podśmiechiwał i kompletnie nie miałem pojęcia o co chodzi… Żeby to zrozumieć potrzebowałem kilku minut w samych skarpetkach na rozgrzanej podłodze :D Czułem się jakbym chodził po ogniu, a ten Łobuz ubaw miał po pachy! :D Kilka chwil później byłem w samym sercu Huuuuty. Tam w rodzinnym domu, przy lekkim ślubnym galimatiasie, Ania robiła się na bóstwo absolutne. Kilka chwil później w białym dyliżansie przybył ze śwoim krejzolem świadkiem Pan Młody. Pierwsze spojrzenie na siebie, kryształki w oczach, symboliczne buziaczki z Teściówką i w drogę do Ojca Benedytka. Tam jak już wcześniej pisałem mega luzik. Dużo śmiechu, wzruszeń i mocno pozytywna atmosfera. Następnie w eskorcie znajomych w diabelnie szybkich bicyklach popędziliśmy do Dworu w Tomaszowicach. Tam cudne śpiewy gości, mikro torcik w połączeniu z latającą szaloną fotobudką ;) Genialny dzień z genialnymi ludźmi! Moooocno zapraszam na prezentację i moje ulubione klatki z tego dnia… Aniu & Marcinie wszystkiego naj!!














































































Komantarze
Twój Komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

CLOSE MENU