Wszystko zaczęło się na huśtawce. Ponad 13 lat temu. Pod czujnym okien mojej przyszłej kochanej Teściówki, która przez okienko z widokiem na magiczną ów huśtawkę, pilnowała odległości pomiędzy Jej córeczką, a młodym przystojnym Don Żułanem. Kilka miesięcy później razem z mała blondyneczką bardzo z ‚tą’ odległością walczyliśmy bo jak się później okazało strasznie się od siebie uzależniliśmy. Przygód po drodze nie mało, a na wszystkie z pomocą leciała Edyta Bartosiewicz z ‚Ostatnim’. Życie wydawało się mocno pokręcone i w poukładany sposób przeraźliwie fajnie niepoukładane. Później był niezapomniany czeci października i biała suknia. Byłem wtedy bardziej niż pewien tego, że moja najcudniejsza Połówka mnie niczym nigdy znaczącym nie zaskoczy. Kilkanaście miesięcy później okazało się, że na nowo zdefiniowała mi słowo S(!)zczęście. Myślałem, że to koniec i żadnych więcej kart nie odkryje. Zaskoczyła mnie znowu… ba! Zaskakuje mnie tak już od kilku miesięcy. Dokładnie od dziesięciu miesięcy. Tyle właśnie ma już mój kochany Dżej Dżej. Miałem to przegigantyczne szczęście być obecnym podczas porodu, kiedy to zobaczyłem niezbadane pokłady siły mojej Moni. To było coś niesamowitego. To co się dzieje do dzisiaj to niekończący się transfer ciepła… miłości… dobra… uśmiechu… od Niej prosto do Dżeja. Jest niesamowitą Matką, za co z całego serducha Jej będę dziękował ever ever.
Urodziny Kuby były dla nas nieopisanym szczęściem ale chyba też w podświadomości wielką niewiadomą jakimi rodzicami będziemy. Podejrzewam, że większość przyszłych TatoMam tak ma i to chyba normalne. Postanowiliśmy założyć wszystko co najgorsze…. Czyli nieprzespane noce, wieczorne kolki, brak pokarmu w mleczarniach, idące wiekami zęby czyli wszystko co może zakłócić dobry sen młodego rodzica ;) Mamy póki co wielkiego farta, poniewż wszystkie te niefajne akcje nas ominęły. No może poza zębami bo te jeszcze w większości, czają się złowieszczo w czeluściach dziąseł naszego Agencika ;) W tym momencie mogę spokojnie powiedzieć w jakim to byliśmy błędzie kilka lat temu kiedy to myśleliśmy, że nasze życie jest pokręcone ;) Dopiero z Kubą się takim stało… mamy o tyle szczęście, że pokręciło się najpozytywniej jak tylko mogło. Dżej od pierwszych dni był cudowny. Dla mnie najpiękniejsze chwile to te kiedy uczył się, dotyku Mamy. Coś nieopisanego w jaki sposób dziecko w pół sekundy potrafi się wyciszyć w najcieplejszej poduszce świata. Obserwowanie wszystkich tych niewidzialnych, a jakże mocno wyczuwalnych uczuć daje Ci świadomość, że jesteś świadkiem prawdziwej magii. Cudne chwile.
Jeśli chodzi o rolę Tatusia w tych pierwszych miesiącach to sprowadza się ona do przyniesienia pieluch, kupienia maści i nieobudzenia dziecka ;D Nie ma takiej rzeczy na świecie, która może zastąpić dziecku Matkę i z tym Panowie nie mamy niestety co walczyć. Tak to już wredna matka natura skonstruowała. Wszystkie moje próby naśladowania Żoneczki w kwestii wychowania kończyły się moimi wielkimi spektakularnymi porażkami. Weźmy na przykład takie czytanie bajek na dobranoc… Wytrzymywałem średnio 7 linijek braci Grimm i to właśnie Dżej słuchał jak Tatuś głooooośno śpi. Kolejnym przykładem jest dokołysanie Malucha w trakcie drzemki, która trwa od dobrych 15 minut. Mama ledwo co ruszy wózkiem i już hibernacji ciąg dalszy. Natomiast u Tatusia wygląda to tak, że 15 minut kołysze dziecko, wydaje mu się, że osiągnął sukces bo nastąpiła cisza w pokoju, zagląda do środka i widzi gigant banana na twarzy mojego Syna mówiący ‚What’s Up, Doc?’ :) Sytuacje dość rozbrajające bo mimo, że marzy Ci się w tym momencie chociaż 15 minut przesłodkiego nicnierobienia to oglądanie tego uśmieszka daje Ci więcej skrzydeł niż skrzynka redbulla. Na moje szczęście z każdym miesiącem sytuacja się poprawia chociaż z drugiej strony Jego obraz Nas nakreślił się jeszcze bardziej. Ona jest tym spokojem, ja jestem zabawą. Widać to szczególnie podczas nocnego utulania do snu. Kiedy wejdę nawet na sekundę i mały Łobuziak mnie zobaczy proces zasypiania zostaje przesunięty w czasie o dobre naście minut wygłupów. ‚Szczęście’ mojej Luby jest wtedy większe nawet od mojego brzucha, a to już wyczyn :D
Sprawą, której z perspektywy tych miesięcy nie da się pominąć to Babcie. Dwie najukochańsze osóbki, których mottem życiowym jest ‚Wy wychowujecie, a my dumnie rozpieszczamy’ ;D Prawda jest taka, że bez nich byłoby nam o niebo ciężej mimo, że są o ‚jedyne’ czysta kilometrów od nas. Zawsze służą poradą i bardzo chętnie razem z Dziadkami zajmują się Wnuczkiem, który jak nic w świecie uwielbia ich towarzystwo. W końcu nikt Jego tyle nie nosi na rękach i nie całuje co One! Babcie są najlepsiejsze!
Po tych dziesięciu miesiącach śmiało mogę powiedzieć, że zabawa w wychowanie się dopiero zaczyna. Kubuś lata całymi dniami po całym mieszkaniu w poszukiwaniu nowych wrażeń. Powstrzymuje przed zawaleniem wszystkie ściany, odkrywa co raz to nowsze możliwości Tatusia komputera, pokazuje Mamusi, że ekran Jej laptopa można obrócić o 360 stopni i działa mimo tego co napisali w instrukcji. Obaj wysłaliśmy Mamcię na cały tydzień do pracy, żeby mogła nawyrywać ząbków ile tylko będzie chciała. W tym okresie kiedy zostałem full time Niańką, Dżej Dżej pokazał mi wiele rzeczy. Na przykład zabawę w budzik… bawić się można tylko kiedy nie ma Mamusi, a Tato mocno śpi. Wtedy to bierze się go zaskoczenia i z całej siły strzela z plaskacza krzycząc cytuję: ‚aaaaueeeaaaaaaaooouuuuueeeeaaaaa!’. Co w skomplikowanym języku dziesięciomiesięczniaków oznacza ‚wstawaj albo powtórzę to czternaście razy!’. Kolejną zabawę mój pierworodny pokazał mi kiedy to wychodziły mu dwa górne zębole. Zniósł to bardzo biegunkowo i ilość zużytych pieluch na jedno dziecko w gospodarstwie zdecydowanie przekraczała wszystkie dopuszczalne normy europejskie. Analogicznie do ilości zmienianych pieluszek rosło podirytowanie Syna podczas ich zdejmowania i zakładania. Przyszła kryzysowa godzina kiedy to w obrót poszło 5 sztuk pampersiorów i podczas zmiany ostatniej, sprzeciw mojego Ancymonka był tak duży, że wpadłem na genialny pomysł założenia pieluchy na stojaka. Dżeja mocno to zdziwiło ale od razu postanowił wykorzystać sytuację wolnej armaty skierowanej prosto w Tatusia. W tym oto momencie poczułem podejrzane ciepło na mej koszulce i zapewne rozkmina tajnego spisku zajęłaby mi dłużej, gdyby nie wielki szyderczy uśmieszek mojego Łobuza, który się na Jego buźce od razu pojawił. Oczywiście jedyną moją reakcją był śmiech ale też wielka radość bo w końcu mój Syneczek pokazał, że ma po mnie nie tylko kolor oczu ale także charatkerek :D
Po tych dziesięciu miesiącach odkryłem u siebie szereg uzależnień. Nie mogę żyć bez ciepła Moni… bez uśmiechu Kuby… bez kłaków Izzi… bez ciągłego pouczania lecącego od Babć… bez odgłosu migawki… Szczerze powiem, że mam nadzieję nigdy mi się z tych uzależnień nie uda wyleczyć! Monia dostaje ode mnie kolejne dziesiątki złotych medali za to jaką cudną osóbką jest i błagam po raz kolejny… nigdy mi się nie zmieniaj! medo!
Teraz zapraszam na wycinek naszego domowego albumu… Kilka poniżej, a zdecydowanie w prezentacji… dobór piosenki oczywiście nieprzypadkowy – dzięki tym moim domowym Wariatkom codziennie jestem w miejscu, o którym mówi refren piosenki ;))))

 

Komantarze

Piękne zdjęcia <3 !
Słodziutki dzidziuś !

Bądźcie szczęśliwi! :)

Łezka kręci się w oku… :). Najlepszego Andrzejku dla Ciebie, Żonki i Małego… żeby to szczęście trwało zawsze :).

Twój Komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

CLOSE MENU