Cette fois-ci, on va voir à quoi devrait ressembler un amour vrai, un amour sans limite. Je vais vous faire découvrir le Sud de la France – une région merveilleuse qui n’est habitée que par des personnes formidables. Je vais vous montrer tout cela à l’occasion du mariage de Nadia et Didier. Pour commencer, Il faut que je vous dise que j’ai rencontré pas mal de soucis avant d’arriver à Hyères où toute la cérémonie a eu lieu. D’abord, ma méchante boîte e-mail mettait dans le courrier indésirable tous les messages envoyés par les amoureux de la France donc le contact était un peu plus difficile. En plus, pendant des semaines à la recherche d’un billet d’avion, le moteur de recherche faisait des bêtises et le vol le plus court que je pouvais prendre durait 27 heures… donc j’ai commencé à planifier tranquillement le voyage à vélo – cette solution aurait été beaucoup moins chère et beaucoup plus rapide (c’est vrai qu’il y aurait eu beaucoup de montagnes sur la route… mais avec mon poids, à vélo ou à moto, je serais beaucoup plus rapide qu’en avion). Après, dès que les moteurs de recherche ont arrêté de bouder, et dès que j’ai réussi à trouver et à acheter un vol “normal”, il s’est avéré qu’après avoir monté l’escalier de l’avion, il fallait qu’on attende 1 heure à cause des embouteillages dans le trafic aérien. Ce retard m’a causé un sprint à l’aéroport de Bruxelles pour que je ne rate pas la correspondance pour Marseille, j’étais arrivé dernier à bord. Malheureusement, j’ai découvert à Marseille que j’étais beaucoup plus rapide que mes bagages qui ont raté mon avion à Bruxelles. Dans les faits, j’étais “la personne la plus élégante” le jour de mariage (j’ai eu mes bagages un jour après). Maintenant dès le début : tout cela a eu lieu dans un hôtel magnifique – Bastide du Plantier qui est situé à Hyères qui est un village pittoresque dans le Sud de la France. Cet hôtel est géré par les amis de Nadia et Didier – Brigitte et Jean-Louis qui sont fantastiques, pour qui le confort et le plaisir du séjour de leurs invités dans leur petit paradis sont ce qu’il y a de plus important. L’endroit en lui-même était extraordinaire mais après avoir ajouté à tout cela les lumières et des éléments rappelant les années ’80 (ce qui était le thème principal de la fête) c’était génial! Pour la première fois, j’ai rencontré Nadia et Didier dans la matinée le jour de mariage. Ils étaient en train de se préparer pour la cérémonie pendant laquelle ils se sont jurés l’amour d’une telle manière que cette jolie église était presque inondée par les larmes de tous les témoins. Dès le début ils n’étaient pas du tout stressés, la seule chose qui était visible c’était la joie. Après cette cérémonie symbolique à l’église nous sommes allés faire la sieste (une chose obligatoire!), pendant que les jeunes mariés continuaient à se préparer pour la fête. Les secondes passaient et l’ambiance devenait de plus en plus magique. Dès que le maquillage et la coiffure étaient prêts, et que la mariée a enfilé sa robe (formidable d’ailleurs), les amoureux ont démarré leurs véhicules (géniaux aussi !) et ils se sont dirigés vers la mairie d’ Hyères.
Et ici, comme un vrai mec, il faut que je vous dise quelques petits mots sur les voitures parce qu’elles étaient GE-NIALES! Pour commencer vous devez savoir que Didier était pilote de rallye (il était même le champion de pays dans sa catégorie!), une vraie passion. Sachez qu’il est allé au mariage dans une Lotus qui a été faite par lui-même! Cette voiture était superbe avec ses bruits et sa silhouette. La seconde merveille c’était une vieille Porsche, qui était conduite par Nadia. Les mots me manquent pour décrire mes impressions après avoir vu tout ça. Quand les deux sont arrivés à la Mairie, tous leurs amis les attendaient déjà. On pouvait voir que tous les témoins étaient autant heureux que les mariés. Le moment de signer les documents par les époux, c’était le temps pour tous les photographes d’immortaliser ce moment (ils étaient très nombreux dans la salle! Mais cela ne posait aucun souci aux modèles qui posaient avec plaisir!). Quand tout était signé et que les bouteilles de champagne étaient vides, avec l’accompagnement des bruits de Porche blanche et des canettes attachées à la voiture on est parti pour l’hôtel. Là, le bar était déjà ouvert (il fallait en profiter à cause de la température qui “était communiquée” par les super-Cyclades). Quelques photos de groupe pour commencer puis la folie des années 80 est arrivée. Dès le début, on avait l’impression que tout le monde savait pourquoi ils se sont retrouvés ensemble ce jour-là – pour s’amuser et se réjouir. Pour moi comme pour toute personne présente, c’étaient des moments inoubliables! La Danse floor n’était jamais vide! Entre-temps, j’ai découvert ce que c’était la chanson sur les sardines et pourquoi tout le monde l’adorait, j’ai aussi découvert un goût pour le vrai fromage de France (qui est savoureux!), j’ai aussi appris que la vie était toujours belle et qu’il fallait juste la voir du bon côté. Ce jour-là, Didier fêtait aussi son 50ème anniversaire et à cette occasion toutes les jolies dames voulaient laisser des petits autographes sur son sexy boxer. Pour moi, la session de photo des jeunes mariés c’était une vraie cerise sur le gâteau. La lumière… l’ambiance… la nage dans la robe de mariée au coucher de soleil, c’était magique! Pour résumer j’ai passé des moments inoubliables avec des gens formidables dans un endroit merveilleux. Je rêve dans les profondeurs de mon âme de revivre encore une fois une aventure pareille! Nadia et Didier… MES MEILLEURS VOEUX! Et maintenant je vous invite à regarder mes quelques cadres préférés de ce jour. Et tout en bas, comme d’habitude – une présentation. Enjoy !

ps. Malwinko belle grâce!

Tym razem będzie o tym, jak prawdziwa miłość powinna wyglądać. O tym, że miłość nie zna żadnych granic. O tym, że południe Francji to przepiękna kraina pełna wspaniałych osób. Wszystko to będzie opowiedziane przy okazji ślubu Nadii i Didiera. Zanim jednak doleciałem do Hyeres, gdzie wszystko miało się odbyć, pojawiło się wiele przeszkód. Po pierwsze wredna poczta elektroniczna, która bardzo systematycznie posyłała każdą wiadomość wysłaną w moim kierunku do spamu i kontakt był mocno utrudniony. Po drugie przez kilka tygodni szukania biletów lotniczych, wyszukiwarka pokazywała mi jakieś głupoty i najkrótszy lot jaki mi wyskakiwał trwał 27 godzin… także cicho planowałem pojechać rowerem co byłoby tańsze i szybsze ( sporo górek po drodze… z moją wagą byłbym szybszy od samolotu na monocyklu :D ). Po trzecie jak już wyszukiwarki przestały strzelać fochy i znalazłem normalny lot… to po wejściu do samolotu w Krakowie okazało się, że są korki w ruchu na niebie i musimy czekać 1h na start. Znowu to spowodowało mój sprint na lotnisku w Brukseli do drugiego samolotu, w którym byłem ostatnim. Niestety jak się później w Marsylii okazało, byłem znacznie szybszy od mojego bagażu, który na lot już się nie załapał ;) Efektem tego byłem na początku ślubu ( bagaż doleciał do mnie w połowie następnego dnia… ) ‘najbardziej elegancką osobą na ślubie’ :D Teraz od początku… wszystko wydarzyło się w przepięknym hotelu Bastide du Plantier, w malowniczej miejscowości Hyeres położonej na malowniczym południu Francji. Hotel jest prowadzony przez przyjaciół Nadii i Didiera, Briggite oraz Jean-Luis’a oraz ich syna Brice’a – wspaniałych ludzi, dla których wygoda i przyjemność z pobytu gości w ich ‘świecie’ to rzecz najważniejsza. Miejsce samo z siebie wyglądało niesamowicie, a po dodaniu do tego świateł i elementów klimatu disco lat 80tych ( taki był motyw przewodni imprezy ), wszystko wyglądało genialnie! Pierwszy raz z Nadią i Didierem zobaczyliśmy się rano w dzień ślubu, kiedy to były przygotowania do mszy podczas której przysięgali sobie miłość takimi słowami, że łzy osób uczestniczących w ceremonii mało co nie zalały kościółka ;) Od samego początku widać było totalnie brak jakiejkolwiek ślubnej spiny i jedną wielką radość z powodu tego co ma nastąpić. Po symbolicznej ceremonii kościelnej udaliśmy się na obowiązkową sjestę, po której nastąpiły kolejne już te odpowiednie przygotowania… Atmosfera z każdą chwilą była jeszcze lepsza i kiedy po chwili już makijaż wraz z fryzurą były skończone, a piękna biała suknia były ‘na swoim’ miejscu odpalili swojego absolutnie genialne czterokołowce i popędzili do urzędu cywilnego w porcie w Hyeres. Tutaj jako normalny facet muszę wspomnieć o samochodach. Bo były genialne. Na wstępie wspomnieć muszę o tym, że Didier przez wiele wiele lat był kierowcą rajdowym ( zdobył nawet mistrzostwo kraju w swojej kategorii! ) i fascynacja samochodami nie była przypadkowa. Po pierwsze wspomnieć muszę o Lotusie, którego ‘złożył’ samemu i to nim właśnie pojechał samemu do ślubu. Samochód absolutnie przegenialny ze względu na dźwięki jaki z siebie wydaje oraz na jego wygląd. Drugim cudem jest białe oldschoolowe Porsche, którym przypędziła Nadia. W zasadzie to brak mi słów, że opisać to jak bardzo mi się podobały… Kiedy już oboje dotarli na miejsce czekali na nich najbliżsi. Wszyscy widać było, że cieszą się tym dniem nie mniej niż sama Para Młoda. Podczas uroczystości śmiechów i salw radości nie było końca. Podpisywanie dokumentów to prawdziwe chwilę dla ślubnych fotoreporterów, których było wieeeeeeeelu ale modele z gracją i wielką chęcia pozowali każdemu! :D Kiedy już wszystko było podpisane, a kilka butelek szampana z tej okazji opróżnionych, popędziliśmy do hotelu przy pięknych dźwiękach białego Porsche i szalonych ślubnych puszek do niego przymocowanych. Tam czekał na nas już przed ślubny bar, z którego korzystać trzeba było ze względu na temperaturę powietrza, o której bez przerwy informowały ‘kochane’ cykady. Kilka zdjęć grupowych i szaleństwo lat 80stych trzeba było rozpocząć. Od samego początku widać było po co się wszyscy spotkali. By się bawić i cieszyć! Genialnie się to oglądało… parkiet praktycznie nigdy nie był pusty. W międzyczasie dowiedziałem się… co to jest piosenka o Sardynkach i dlaczego wszyscy tak szaleją na jej punkcie… jak smakuje prawdziwy ser z francji – a smakuje genialnie… o tym, że życie jest bardzo piękne jak się na nie odpowiednio popatrzy… oraz o magicznych 50stych urodzinach Didiera, z okazji których dostał autografy wszystkich pięknych Pań z wesela na pięknych bokserkach :D Dla mnie wisienką na torcie była sesja, która odbyła się na łodzi Pary Młodej. Światło… atmosfera… pływanie o zachodzie w sukni… absolutna MAGIA! Koniec końców wspaniałe dni ze wspaniałymi ludźmi we wspaniałym miejscu. Cicho tylko liczę na to, że jeszcze taką przygodę kiedyś będzie mi dane przeżyć! Nadia & Didier… wszystkiego NAJ! Teraz zapraszam na kilka ulubionych klatek z tego dnia, a na samym dole jak zawsze prezentacja ;)

Fotograf: Słodko Gorzko
Hotel: La Bastide du Plantier









































Komantarze

Pani Persefono, po prostu było bardzo genialnie ;) Nic na to nie poradzę ;) Żeby życie ułatwić po prostu moje bazgroły proszę olewać i proszę przechodzić do zdjęć… to o nie tutaj głównie chodzi ;)

Cuuudne wesele, jak zwykle niesamowite zdjecia! Pieknie, romantycznie i tak naturalnie prawdziwie!!! Wszystkiego naj naj naj Mlodej Parze!:)))

O ile zdjęcia da się oglądać, to tekstu nie da się czytać – “wszystko wyglądało genialnie, genialne czterokołowce, genialne samochody, absolutnie genialnie ze względu na dźwięk, genialnie się to oglądało, ser z francji smakuje genialnie…” Trochę mniej genialnie please! ;-)

Twój Komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

CLOSE MENU